Wspomnienia wojenne Bernharda Hahn'a.

Bernhard-Hahn-1914
Zimowa bitwa na Mazurach 7 - 21 luty 1915 r.

"Moje przeżycia z wojny w latach 1914 - 1915" - Bernhard Hahn

 
Od momentu wybuchu Wielkiej Wojny Światowej długo czekałem na dzień powołania do służby wojskowej. W końcu, 5 października 1914 r., zacząłem podlegać obowiązkowi służby wojskowej. Naczelnik poszedł mi na rękę i mogłem niemal natychmiast rozpocząć służbę. Po załatwieniu jeszcze szeregu różnych formalności, 6 października o 8.00 rano stawiłem się w komendzie obwodowej, do której zostałem przypisany. O 12.15 wyruszyłem do Lubeki specjalnie podstawionym pociągiem, wraz z prawie 500 innymi mężczyznami. Tam mieliśmy kilka dni wolnego, tzn. nie odbywaliśmy jeszcze służby, ponieważ codziennie przybywali jeszcze kolejni rekruci. Mieliśmy zatem trochę czasu, aby przyzwyczaić się do koszernego życia.

Gdy przybyli już wszyscy rekruci i załatwiono wszystkie formalności, takie jak umundurowanie, badania lekarskie, przypisanie do kompanii, w poniedziałek, 12 października, zaczęło się szkolenie. Miało ono na celu przygotować nas jak najszybciej do udziału w wojnie. Przeszliśmy więc przeszkolenie w zakresie służby w piechocie, w strzelaniu i marszrucie. Ponadto ćwiczyliśmy oddawanie honorów wojskowym przełożonym, szermierkę, strzały do celu i tym podobne.

Jako podoficerowie, ćwiczyliśmy kierowanie rezerwą, landwerą, a nawet przepuszczaniem szturmów. Podsumowując, bardzo wiele nauczyliśmy się podczas tego okresu, pomimo iż służba była czasami bardzo ciężka. 20/21 listopada dostałem urlop i pojechałem do Kilonii. Na warunki bytowe podczas szkolenia również nie można było narzekać.

14 grudnia 1914 r. mieliśmy wizytę generała 9 Korpusu Armii. Nasze szkolenie dobiegło końca. 15 grudnia część z nas została już umundurowana. Reszta została przegrupowana, a ja trafiłem do 2 kompanii rezerwowej. Jeszcze tego samego dnia musieliśmy opuścić koszary, aby zrobić miejsce kolejnym nowo przybyłym rekrutom.

Przybyliśmy do kwatery w Israelsdorf, wioski na przedmieściach Lubeki, ładnie położonej w lasach. Poza kilkoma wiejskimi chałupami i domostwami, wojsko zajmowało 5 - 6 większych przybytków uciech, choć wszelkie zabawy i rozrywki były oczywiście zabronione. Wraz z 200 innymi mężczyznami zostałem zakwaterowany w gospodzie Muchs(?). W pomieszczeniu nocowało 200 mężczyzn. Gospodarz zapewniał również wyżywienie, ale pozostawiało ono wiele do życzenia. Służba polegała zasadniczo na marszrucie i ćwiczeniach polowych.

Na święta Bożego Narodzenia dostałem urlop od 22 do 26 grudnia. Była to dla mnie radość ogromna, ponieważ przywykłem spędzać ten okres roku w gronie rodziny. To była moja ostatnia wizyta w domu rodzinnym przed wyruszeniem na pole walki i w sobotnie popołudnie nadeszła ciężka chwila rozstania. Jednak i ta przeminęła i tak ruszyłem ku nieznanej przyszłości.

Sylwestra 1914 r. spędziłem w kwaterze. 1 stycznia byłem u rodziny Vollstedt, której syn należał również do mojej kompanii. W połowie stycznia kolejnych 100 mężczyzn zasiliło szeregi naszej kompanii. 13 stycznia o 10.00, kiedy to reszta kompanii była już w Salinger Heine, zebrał nas wszystkich nasz ordynans. Miało zgłosić się na ochotnika 25 mężczyzn, aby udać się do obozu Lockstedter. Cel akcji był nieznany. Nie zgłosiło się wystarczająco wielu ochotników i trzeba było dobrać jeszcze kilkoro, wśród których znalazłem się i ja.

Musieliśmy zebrać się w wielkim pośpiechu, ponieważ wyruszyć mieliśmy już o 16.30. Z Neumünster mieliśmy jechać specjalnie podstawionym pociągiem. Wieczorem, około 21.00, przybyliśmy do obozu Lockstedter. Tutaj dopiero dowiedziałem się, co to znaczy brud. Takiego błota nie widziałem jeszcze nigdy, choć w Rosji było pewnie jeszcze lepiej. W następnych dniach chwycił jednak mocny mróz. Zostałem tymczasowo przeniesiony do 9 kompanii 265 rezerwowego pułku piechoty i zakwaterowany w baraku. Przez 8 dni nie robiliśmy nic i cieszyliśmy się pięknymi chwilami odpoczynku. W końcu, 20 stycznia musiałem zastąpić chorego muszkietera, który musiał powrócić do Lubeki. Od tego momentu zacząłem należeć do armii i musiałem raz jeszcze wziąć udział w przeszkoleniu - takim samym, jakie odbyłem w Lubece. Jedzenie tutaj nie było jednak złe.

Obóz Lockstedter był niczym enklawa. Tylko samotnych kilka domów przy ulicy. Mogliśmy tu zatem pomału uczyć się znosić niedostatek i stopniowo przyzwyczajać do walki polowej. Przyszło mi to bez większego trudu, ponieważ jeszcze w cywilu żyłem bardzo oszczędnie. 26 stycznia odbyło się wielkie ćwiczenie dywizji. Dzień urodzin naszego cesarza obchodzono w tym roku spokojnie i cicho. Rano odbyła się msza polowa, a po południu wydano ciepły posiłek, dwa papierosy i piwo. Spotkałem tutaj ponownie Waltera Schwartza, którego poznałem wcześniej w Lubece.

Ostatniego dnia stycznia otrzymaliśmy ostatnie elementy naszego wojskowego wyposażenia. Po południu odbył się apel w pełnym rynsztunku marszowym. 1 lutego nastał dzień, kiedy powinniśmy udać się na pole bitwy. Rano o 4.00 obudzono nas, abyśmy mogli się przygotować.

O 10.00 wymaszerowaliśmy w kierunku Itzehoe, gdzie doszliśmy około 12.00. Marsz bardzo mnie zmęczył. Było straszliwie ślisko, a plecak mnie uciskał. Cieszyłem się, gdy doszliśmy już do celu. O 14.00 odbył się rozładunek, a o 14.20 - odjazd. Około 17.30 pociąg przybył do Langenfelde (wieś przed Hamburgiem). W dużych, drewnianych barakach wybudowanych na stacji rozrządowej dostaliśmy ciepły posiłek. Około 18.30 zaczął się powoli przejazd do Hamburga. O 23.30 przybyliśmy do Wittenbergu i dostaliśmy kolację. Po drodze spałem kilka godzin. Gdy zjedliśmy już kolację, a pociąg wyzwrotowano, 2 lutego ruszyliśmy dalej.

Pomiędzy 4.15 a 5.30 rano przejeżdżaliśmy przez przedmieścia Berlina. Niestety przez noc niewiele udało się pooglądać stolicy. Na kwadrans przed 6.00 wysiedliśmy znów z pociągu w Straußbergu, aby napić się kawy. Dalsza trasa wiodła przez pilnie strzeżoną twierdzę Kostrzyn, potem minęliśmy Gorzów Wielkopolski i Piłę, gdzie przybyliśmy w okolicach 13.30 i dostaliśmy obiad.

Dalej jechaliśmy przez Bydgoszcz, Toruń, Sadlinki, Olsztyn, Mrągowo za Pieckami (okręg Mrągowa). W Sadlinkach zjedliśmy ok. 23.00 kolację, a na malej stacji pomiędzy Olsztynem a Mrągowem wypiliśmy 3 lutego o 5.00 kawę. W Pieckach musieliśmy o 10.45 wysiąść z naszego pociągu.

Dwudniowa jazda przebiegła szczęśliwie, a czas podróży mi się nie dłużył. Wszędzie byliśmy radośnie witani. Na całej trasie naszej podróży leżał śnieg. Już przed Bydgoszczą zaczęły się pojawiać silne fortyfikacje polowe, takie jak okopy, barykady z drutu kolczastego i inne. Im bardziej jechaliśmy na wschód, tym częściej mogliśmy oglądać takie fortyfikacje.

Z Piecek (okręg Mrągowa) o 12.30 pomaszerowaliśmy do miejscowości Stare Kiełbonki (okręg Mrągowo), gdzie dotarliśmy ok. godz. 15.00 i na kilka dni rozbiliśmy kwaterę. Już ten krótki marsz dał nam przedsmak tego, jakie trudy nas czekają. Maszerowaliśmy mianowicie wzdłuż mało używanej drogi, a śnieg zalegał często do łydek. Do tego mieliśmy na sobie grube płaszcze. Szliśmy więc wszyscy zlani potem.

Po odpoczynku w Starych Kiełbonkach (okręg Mrągowo) postanowiliśmy coś ugotować, ponieważ nasza kuchnia polowa jeszcze tu nie dotarła. Dzięki interwencji dowódcy jeszcze tego samego dnia przenieśliśmy się ze stodoły, w której początkowo stacjonowaliśmy, a w której było zimno i wietrznie, do domu robotników. Dzięki uprzejmości gospodarzy, mogliśmy przygotować sobie dobre jedzenie. Jeszcze przez kolejne dwa dni mogliśmy korzystać z gościnności gospodarzy. Nad pobliskim jeziorem pracowali rybacy, kupowaliśmy u nich tanio ryby, które gospodyni dla nas smażyła. Nasza polowa kuchnia i bagaże wkrótce dotarły również na miejsce.

Przed naszą kompanią, która stacjonowała na dużym obszarze, poszczególne pułki ustawiły wartowników, którzy patrolowali cały czas teren od jeziora do pobliskiego lasu. Dwa razy byłem na takim patrolu. Nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego. Tutaj usłyszeliśmy też pierwsze huki armatnie.

Kilku kolegów z innych kwater chodziło na polowania i czasami udawało się im upolować sarnę i tym samym zapewnić sobie i współtowarzyszom smaczne jadło. My w naszej kwaterze nic na tym nie korzystaliśmy, więc 5 lutego po południu podoficerowie Schlottow i Bez postanowili również spróbować swoich sił na polowaniu, pomimo że mieli zakaz oddalania się od nas, po to, abyśmy zawsze mogli ich wezwać, gdy zajdzie taka potrzeba.

Starszy szeregowy Niehusen i ja również do nich dołączyliśmy. Zachowując spory odstęp od siebie, udaliśmy się w las, niosąc swój wojskowy ekwipunek. Wkrótce okazało się, że zgubiliśmy drogę. Podoficer Schlottow i ja byliśmy razem i wciąż próbowaliśmy szczęścia w polowaniu. Widzieliśmy wiele tropów, jednak żadnej zwierzyny nie udało się nam wziąć na celownik. Po półtorej-dwóch godzinach postanowiliśmy zawrócić i wyjść z lasu. Jak wielkie było jednak nasze zdziwienie, kiedy dotarliśmy do wyjścia z lasu. Zamiast długiego jeziora, ujrzeliśmy przed sobą pagórkowatą okolicę. Wspięliśmy się na jedno z takich wzgórz, aby się rozejrzeć. Niestety jeziora nie było w zasięgu wzroku. Pomyliliśmy się zatem i obraliśmy w lesie zły szlak.

Przed nami rozpościerała się wioska i uznaliśmy, że zapytamy tam o drogę. Łatwiej było to powiedzieć niż zrobić, ponieważ mieszkańcy mówili po polsku (a w zasadzie po „mazursku“), a nawet ci, co mówili po niemiecku, nie rozumieli nas dobrze, podobnie jak my ich. W końcu znaleźliśmy kogoś, kto był w stanie udzielić nam informacji. Zaprosił nas on na kawę, na co z wdzięcznością przystaliśmy. Poszliśmy do jego domu i przywitaliśmy się z jego rodziną i krewnymi, którzy zbiegli z terenów zajętych przez Rosjan. Wszyscy cieszyli się, że mogą nam pomoc. Zasiedliśmy do stołu, dostaliśmy świeżo upieczone pączki i kawę. I jedno, i drugie smakowało nam wybornie, zwłaszcza, że zdążyliśmy już zgłodnieć.

Niestety musieliśmy w końcu opuścić ten gościnny dom. Zaczęło się bowiem ściemniać, a my mieliśmy przed sobą długą, nieznaną drogę. Część drogi przebiegliśmy i przeszliśmy las na przełaj. W końcu dotarliśmy nad jezioro i znaleźliśmy się znów w naszej kwaterze. Ucieszyliśmy się widząc, że reszta „myśliwych” również tam dotarła i podobnie jak my, była bez zdobyczy. Musieliśmy zatem zrezygnować ze sarniny.

W sobotę 6 lutego o 6.00 rano wymaszerowaliśmy i około 13.00 dotarliśmy do Piszu, gdzie rozbiliśmy kwaterę. Znów droga prowadziła przez głęboki śnieg i szło mi się tak bardzo źle, że nie byłem w stanie nieść własnego plecaka. Dostaliśmy jedzenie w kuchni polowej i po połowie chleba.

Tutaj na kwaterze mieliśmy kilku ułanów, którzy na zmianę jeździli na patrole. Wróg nie był już daleko. Przyszedł nakaz najwyższej gotowości do walki, tzn. wolno nam było ściągać jedynie plecaki. Nocami trzeba było spać w pełnym umundurowaniu, z bronią na ramieniu i plecakiem pod głową. Wyruszyliśmy stamtąd któregoś dnia o 7.00 rano. Był piękny niedzielny poranek. Prawie cały dzień maszerowaliśmy przez rozległy las jodłowy. Cały dzień słyszeliśmy huk armat dobiegający z kierunku Piszu. O 11.30 moje myśli krążyły wokół mojej rodziny, zacząłem też słyszeć huk wystrzałów z karabinów. Zatrzymaliśmy się w lesie i usłyszeliśmy rozkaz „naładować, ubezpieczyć“. Od tego momentu mieliśmy broń w pełnej gotowości. Około 13.00 wydano obiad, który nam wszystkim bardzo smakował.

Około 14.00 opuściliśmy las na dłuższy czas, a przed naszymi oczami roztoczył się zgoła inny widok. Do tej pory nie widzieliśmy, jakie spustoszenie zostawiali po sobie Rosjanie, a teraz, jak okiem sięgnąć, widzieliśmy spalone wsie. W oddali majaczyły się niskie kominy, a w tle widać było duże miasto fabryczne. Podszedłszy bliżej, zobaczyliśmy, że jest to jednak spalona wieś.

Domy tutejsze były w całości zbudowane z drewna. Najczęściej wewnątrz była kuchnia i trzy izby, z których przeważnie jedna lub dwie służyły jako spiżarnie. W rogach, gdzie spotykały się izby, znajdowało się palenisko. W kuchniach były jeszcze stare, otwarte piece. Często obok nich stał mały piecyk. Piecyki w pozostałych pomieszczeniach były najczęściej wbudowane bezpośrednio w ścianę. Kiedy stało się w takim pomieszczeniu, widziało się kaflową ścianę, która wskazywała, gdzie znajduje się piec. Najwyraźniej wszystkie izby były ogrzewane jednocześnie przy pomocy jednego pieca, którego kaflowe ściany znajdowały się w każdej izbie; w kwaterach, gdzie byliśmy, było wszędzie ciepło. Piece i paleniska miały wbudowane kominy, który potem, po spaleniu całego domu, sterczały samotnie.

Spalona wieś robiła osobliwe wrażenie, z wieloma takimi kominami, które wystawały z gruzów domów pokrytych śniegiem. Tu i ówdzie ostał się w całości jakiś dom, jednak był opuszczony przez mieszkańców.

Przemaszerowaliśmy całą niedzielę z krótkimi przerwami, aż wieczorem około 20.00 zatrzymaliśmy się w dużym lesie. Przed nami do pokonania była rzeka. Mosty były zajęte przez wroga. Po odczekaniu w lesie około dwóch godzin w straszliwym zimnie, pomaszerowaliśmy z powrotem do wsi. Była to wieś Szast (okręg Pisz) i również, jak wszystkie wsie tutaj, była ona doszczętnie spalona.

Po zjedzeniu posiłku, zabraliśmy się za rozbijanie namiotów. Na polu stało jeszcze kilka stogów siana. Na śniegu rozłożyliśmy siano i ok. 12.00 udaliśmy się na spoczynek. Namiot przenikało lodowate zimno. Ciepła na pewno nie zaznaliśmy. Ponieważ jednak wszyscy byliśmy zmęczeni po długim i ciężkim dniu, wkrótce zasnęliśmy. Ścieśniliśmy się niczym śledzie w beczce. Kiedy nastała 6.00 rano i trzeba było wstawać, byliśmy cali zesztywniali z zimna. Znów usłyszeliśmy huk armat, który tym razem był jednak silniejszy i lepiej słyszalny.

Tego dnia zostałem oddelegowany do służb pomocniczych przy pojazdach sanitarnych 3 batalionu. Około 9.00 wyruszyliśmy w drogę. Znów wiał lodowaty wiatr, który coraz bardziej się nasilał i wieczorem przeszedł w burzę. Wiatr przenikał najgrubsze ubranie i przeszywał do szpiku kości. W tym dniu straszliwie przemarzłem. W dodatku, nie dostaliśmy nic ciepłego do jedzenia. Tylko chleb.

Wkrótce doszliśmy nad rzekę Pisę. Most został wysadzony. Dla piechoty saperzy przygotowali jednak przejście. Przy moście dla furmanek pracowano z całych sił. Z kierunku maszerującej przed nami grupy dobiegały nas strzały z karabinów. Po kilku godzinach most był już gotowy i mogliśmy ruszyć dalej.

W Dziadowie (okręg Piszu), który oczywiście został doszczętnie zniszczony, zobaczyłem pierwszych rosyjskich jeńców, pojmanych przez 264 pułk. Były to wszystko rosłe, silne chłopy, a na ich twarzach malowało się zadowolenie. Najwyraźniej cieszyli się z tego, że opuścili swoje pułki. Dopiero po południu dołączyliśmy do naszej kompanii, gdzie dostaliśmy jedzenie. Miał to być ostatni ciepły posiłek na dłuższy czas. Wkrótce musieliśmy znów opuścić nasz batalion, a najpierw musieliśmy przepuścić artylerię.

Kiedy później wraz z plecakami wspięliśmy się na wzniesienie, mogliśmy ujrzeć w ogniu pułk piechoty. Był to pułk 266, który opanował wzgórze i znalazł się pod silnym ostrzałem Rosjan. Tutaj ujrzałem pierwszy raz wystrzeliwane szrapnele (pociski artyleryjskie). Dołączyło do nas kilku lekko rannych. Sanitariusze i pielęgniarze ruszyli przodem, wkrótce przynieśli również tych ciężko rannych.

Powoli posuwaliśmy się do przodu, ponieważ wciąż musieliśmy przepuszczać artylerię. Droga prowadziła teraz przez duże, ogrodzone wygony. Droga była prawie niemożliwa do przebycia. W wysokim śniegu stawały często pojazdy i działa. Często używaliśmy płozów, w które wyposażone były prawie wszystkie armaty i pozostałe pojazdy.

W międzyczasie wróg został odparty i ruszono za nim. Piechota pognała do przodu szybciej niż artyleria i zaczęliśmy oddalać się coraz bardziej od naszej kampanii. Wiedzieliśmy, że w następnej większej wsi nasz batalion rozbił kwaterę. Zostałem zatem wysłany przez sierżanta, aby sprawdzić jej lokalizację. Batalion jednak poszedł dalej. Sierżant też dotarł z wyprzedzeniem. Zadecydował teraz, aby we wsi poczekać na resztę.

W sklepie, który został obrabowany przez Rosjan, otrzymaliśmy za darmo gorącą kawę. Rosjanie stacjonowali tutaj prawie przez ćwierć roku. Oczywiście zabrali wszystkie produkty spożywcze. Wyjątkowo, nic nie spalili. Kilka dni wcześniej Rosjanie zostali stąd wysiedleni.

Trochę czasu upłynęło zanim pojawiła się reszta pułku. W międzyczasie nastała 2.00 w nocy. Wkrótce wyruszyliśmy znów w drogę. O świcie (9.2.1915 r.) dotarliśmy w końcu do Białej Piskiej (okrąg Pisz), gdzie batalion rozbił kwaterę. Po długich poszukiwaniach znalazłem w końcu swoją kompanię

O 6.00 położyłem się w końcu spać z pustym żołądkiem w kącie izby. Wprawdzie szybko zasnąłem, ale z powodu zimna wstałem już o 8.00, aby ogrzać się w ciepłych, ale mocno zadymionych izbach. Ponieważ wymarsz planowany był dopiero koło południa, wyszedłem na miasto.

Wiele domów było spalonych. Miejscami wciąż się jeszcze paliło. Ładny, stary kościół doznał tylko niewielu zniszczeń. Nocowano w nim pojmanych Rosjan. Wszędzie leżała amunicja, plecaki i inne tobołki Rosjan.

Miasto zostało straszliwie ograbione. Rosjanie włamali się niemal do wszystkich sklepów i zabrali z nich towary. Witryny sklepowe były rozbite. Drzwi leżały na ulicach. Łóżka, meble i inne podobne sprzęty zostały również wytaszczone na zewnątrz. Zieleńce przy dworcu były całkowicie zniszczone, podobnie jak budynki poczty. Automaty ze znaczkami leżały rozbite na ulicach. Przewody telefoniczne i telegraficzne były zerwane. Krótko mówiąc, wszystko było zniszczone.

Od stacjonującej tutaj tymczasowo artylerii otrzymałem bochenek suchego chleba, ponieważ byłem przeraźliwie głodny.

Tutaj opuścił nas dowódca trzeciego plutonu, który został oddelegowany do pomocy przy transporcie jeńców. Uprzejmie zgodził się zabrać nasze listy, ponieważ poczta tutaj nie funkcjonowała. Dałem mu swój pierwszy list do ojczyzny.

Około południa ruszyliśmy, znów o pustych żołądkach. Wkrótce po opuszczeniu miasta dostaliśmy rozkaz schowania się w lesie. W końcu mieliśmy wroga przed sobą.

Nad nami krążył niemiecki lotnik. Powoli ruszyliśmy dalej; szliśmy trochę drogą przejazdową, a trochę zbaczaliśmy na pola, ponieważ droga często była zasypana śniegiem. Artyleria musiała przedostawać się przez głęboki śnieg. Trzeba było rzeczywiście głęboko zastanowić się, jak przetransportować ciężkie działa ciągnięte przez sześć koni, które tonęły w śniegu. I znów kawałek szliśmy drogą, a kawałek polem. Czasami zdarzało się, że działa utykały w śniegu i trzeba było je wyciągać. Pośrodku pola stał nasz generał, a my musieliśmy maszerować w jego kierunku. Wołał on tak: „Witajcie, wytrzymajcie, za kilka dni będzie po wszystkim, potem będziemy mieć spokój.” Odpowiadaliśmy mu głośnym „Tak jest”. Wszyscy byliśmy w pogodnych nastrojach, ale wiedzieliśmy, że jeszcze dziś czeka nas walka.

Wkrótce potem zobaczyliśmy, że strzelcy przed nami rozstępują się. Artyleria schowała się po obu stronach drogi. Nie potrwało długo, a w kierunku Rosjan zostały wyrzucone pierwsze granaty, które szybko wznieciły ogień. Usłyszeliśmy również huk strzałów z karabinów. Zbłąkany pocisk przeleciał tuż nad naszymi głowami i zakopał się w piachu za drogą. Wszyscy zaczęli się rozglądać. Potem znów nastała cisza. Tylko z frontu słychać było huk.

Powoli posuwaliśmy się do przodu. Czasami trzeba było odczekać dobrą chwilę, a potem znów wykonać kilka kroków do przodu. Lekko ranni zaczęli nawracać. Sanitariusze ruszyli z noszami do przodu, aby przynieść też tych ciężko rannych.

Około 16.00 przeszliśmy przez Sulimy (okręg Pisz) i zaraz za nim otrzymaliśmy rozkaz do ataku. Następnie zboczyliśmy z drogi. Wkrótce zaatakowała nas rosyjska artyleria. Szrapnele były wystrzeliwane na zbyt dużą odległość i rozrywały z głośnym hukiem powietrze. Za każdym razem wystrzeliwano po dwa pociski. Na początku wszyscy, którzy po raz pierwszy brali udział w walce, poczuli się nieswojo; w każdej chwili mógł trafić w nas szrapnel. Jak tylko wyszliśmy na wzniesienie, zaczęliśmy biec. Rosjanie strzelali, ale znów na zbyt dużą odległość, a nasze uczucie strachu powoli mijało. Wkrótce też nasz artyleria otworzyła ogień.

Schowaliśmy się za stodołą, aby tutaj się rozdzielić. Dach stodoły sięgał ziemi. Wdrapaliśmy się gęsto na ten dach. Szrapnele wciąż trafiały za nami. Już z oddali słyszeliśmy, gdy były wystrzeliwane. Częściowo można było też usłyszeć ich odpalanie. Słychać było regularne: Bumm, bumm .... tszsz… raszsz. Dokładnie widzieliśmy, jak pociski spadały na ziemię. Na szczęście, wciąż były one celowane na zbyt dużą odległość.

Tak było przez jakiś czas, aż nastała ciemność. Teraz musieliśmy się rozdzielić. Z przodu przyszedł rozkaz: „Przygotować bagnety”. Najpierw rozwinął się pierwszy pluton. Z dość dużymi odstępami. Potem musiał rozwinąć się także pluton drugi i trzeci. Ruszyły one wrogowi naprzeciw. Często prawie całkiem zapadaliśmy się w śniegu. Nagle zaczęto nas ostrzeliwać. Natychmiast padliśmy na ziemię.

Przeszedłem wtedy swój chrzest bojowy. Na początku czułem przerażenie, kiedy nade mną świszczały kule. Jednak strach powoli mijał. Na pewno każdy doświadczał pewnego rodzaju strachu. Ja też przez to przeszedłem. Różne myśli przechodziły mi przez głowę. W każdym momencie mogłem stracić życie. Najpierw pomyślałem o swoim domu. Rodzice siedzą pewnie przy stole w ciepłej kuchni i jedzą kolację. Zastanawiałem się, czy o mnie myślą. Czy wiedzą, że jestem na polu walki i cały czas mam śmierć przed oczami. Wiele takich i innych myśli przeszło wówczas przez moją głowę. Były to dla mnie ciężkie godziny, ale starałem się nie tracić wiary. Krótka modlitwa i strach mnie opuścił. Wyciszyłem się zupełnie, a wręcz można powiedzieć, że zobojętniałem. Przestałem widzieć to wszystko jako fatalną sytuację. Doznałem silnego pocieszenia. Wcześniej wyobrażałam sobie walkę znacznie gorzej.

Wkrótce nadszedł rozkaz: „Skokami do przodu”. Dowódca drużyny, podoficer czy też starszy szeregowiec zawołał: „Uwaga, moja grupa robi skok”. Po chwili usłyszeliśmy: „Grupa taka-a-taka, marsz, marsz”. Wkrótce wszyscy zaczęli biec, ile sił w nogach, 20 do 30 kroków do przodu, zanim padł kolejny rozkaz: „Na stanowiska”. Wtedy wszyscy padli znów na ziemię.

Oczywiście wszyscy mieliśmy na sobie plecaki, tak więc szybkie wspinanie się pod górę nie było takie proste, w dodatku w głębokim śniegu. Śnieg co prawda zamarzł, miejscami dawało się podbiec spory kawałek, aż człowiek się nie potknął i oczywiście przewrócił.

Coraz gęściej otaczaliśmy niewidocznego wroga. Z początku nie mieliśmy żadnych rannych, gdy wtem usłyszeliśmy krzyk pierwszego. Jednak niepowstrzymanie posuwaliśmy się dalej do przodu. Przenikały się całe kompanie, które znów rozwijały się na nowo. Niektóre części kompanii były z przodu, inne znów się cofały, a jeszcze inne rozchodziły na boki. Dlatego trębacze musieli cały czas dawać sygnały, abyśmy nie zaczęli strzelać do siebie nawzajem.

Im bardziej zbliżaliśmy się do wroga, tym silniejszy był ostrzał. Wkrótce znaleźliśmy się pod ostrzałem karabinów, a kule świszczały nam przy uszach. Większość z nich przelatywała nam nad głowami. Wiał lodowaty wiatr. My nie odpowiadaliśmy ogniem, ponieważ nie widzieliśmy wroga. Byłoby to marnowanie amunicji.

W końcu otoczyliśmy Drygały – wieś, którą to teraz mieliśmy wziąć szturmem. Było około 20.00. Z głośnym „Hurra“ rzuciliśmy się na oślep do przodu. W miarę zbliżania się, zobaczyliśmy, że cała wioska była otoczona wysokim parkanem. Kilka uderzeń karabinami i zrobiliśmy dziurę, a przez nią dostaliśmy się na dziedziniec. Natychmiast weszliśmy do domów. Jednak jak wielkie było nasze zdziwienie, kiedy nie znaleźliśmy tam żadnych Rosjan.

Za domami przebiegały rosyjskie okopy i nimi zbiegł wróg. Opowiada się jednak, że z dachu strzelało do nas kilku Rosjan, których potem pojmaliśmy. Nie wiem, czy to prawda, ponieważ na własne oczy tego nie widziałem.

Nasze straty były nieznaczne. W naszej kompanii mięliśmy jednego zmarłego oraz kilkoro lekko i ciężko rannych. Niestety rannych było też dwóch dowódców plutonu. Nasz dowódca miał postrzelone udo. Podoficer je obwiązał i zanieśliśmy dowódcę, jak również innych rannych, do zagrody.

Nasz dowódca kompanii również zachorował i musiał nas opuścić. Został nam tylko podporucznik. Któregoś dnia i ten nas opuścił. Jedni mówili, że z powodu choroby, a inni, że odszedł dowodzić zespołem pilotów. Dostaliśmy wtedy w zastępstwo kolejnego podporucznika.

Znów do gospody. Po bezskutecznym przeszukaniu wszystkiego złożyliśmy nasze bagnety, tzn. zdjęliśmy je z karabinów i umieściliśmy z powrotem w pokrowcach. Ponieważ nasza kompania w dalszym ciągu nie miała rozkazu do ataku, nasz podporucznik podjął decyzję, abyśmy spędzili noc w gospodzie.

Gospoda znalazła się jednak około północy pod ostrzałem Rosjan stacjonujących w okopach. Słyszeliśmy, jak pociski uderzają o mury stodoły. Nie bacząc na to, poszukaliśmy sobie w ciemnościach stodoły miejsca na nocleg. Nie można było zapalić światła.

W ciemności wędrowałem wzdłuż drewnianej ściany. Ostatecznie trafiłem do chlewni, zdjąłem plecak i usiadłem na zimnych kamieniach, z plecami opartymi o ścianę. Namiotowa płachta posłużyła mi za koc. Ciężki wysiłek ostatnich dni spowodował, że wszyscy byli straszliwie zmęczeni i szybko zapadli w sen. To, że byliśmy pod ostrzałem Rosjan, przestało nas obchodzić. Oczywiście rozstawiliśmy wartowników. Cieszyłem się, że nie padło na mnie i że mogłem pójść spać. Kilkakrotnie budziłem się z powodu zimna. W końcu znalazłem w ciemności trochę słomy. Nie zrobiło mi się jednak przez to znacznie cieplej.

Kolejnego dnia wstałem o 6.00 rano. O 7.00 poszliśmy do Suwałk (okręg Pisz), gdzie zbierała się nasza kompania. Idąc tam minęliśmy budynek, gdzie stacjonowała inna kompania. Doznała ona większych strat, zobaczyłem tutaj pierwsze trupy. Niektóre ciała leżały z twarzą w śniegu, inne na plecach, jeszcze inne na boku. Z powodu dużego mrozu twarze były strasznie zniekształcone. Był to straszliwy obraz, niemal nie do opisania. Bardzo współczułem biednym rannym, którzy leżeli tam wiele godzin bez żadnej pomocy. Wiele z nich nie zostało odnalezionych i tak zamarzło.

Niestety ze smutkiem odkryłem, że zarówno przy tej, jak i przy drugiej bitwie, w której brałem udział, nie widać było żadnego sanitariusza czy pielęgniarza. Pojawili się dopiero teraz, kiedy niebezpieczeństwo minęło. Na drodze leżało też kilka martwych koni. Tak, tutaj można było zobaczyć wojnę, z całą jej nędzą.

W Suwałkach zebrała się kompania. Świeciło słońce. Tutaj dostaliśmy w końcu po połowie chleba i słoninę, które zjedliśmy pośpiesznie, ponieważ byliśmy wygłodniali. W tej częściowo zniszczonej wsi znaleźliśmy miejsce chroniące nas przed zimnem, jako że dopiero około południa mieliśmy ruszyć dalej.

Za murem rozpaliliśmy ognisko i ugotowaliśmy sobie kawę, która nam dobrze zrobiła, ponieważ nie piliśmy nic przez cały dzień. W polowych butelkach była co prawda kawa, ale zamrożona. Pragnienie ugaszaliśmy jedząc śnieg. Czasami przechodziliśmy również koło studni lub jeziora, skąd przynosiliśmy sobie wodę kubkami, pomimo że było to zabronione z powodu zagrożenia zachorowaniem na tyfus.

Około 1.00 pomaszerowaliśmy dalej do Rakowa Piskiego (okręg Pisz). Znów musieliśmy mijać pobojowisko po bitwie. Trzeba było zająć się zmarłymi. Ich wyposażenie, takie jak plecak, łącznik, broń, składaliśmy przy drodze. Za chwilę znaleźli się tacy, którzy szukali rzeczy takich jak jedzenie czy środki do mycia. Nie brałem w tym udziału, chociaż chętnie ubrałbym inny płaszcz. Mój był bardzo cienki. W pobliżu leżał żołnierz, z płaszczem zrolowanym w plecaku. Chwilę zastanawiałem się, czy zabrać jego płaszcz czy nie, aż w końcu powiedziałem sobie, że nie przystoi zakładać płaszcza poległego żołnierza. Lepiej chodzić w swoim, cienkim. Przeszukiwania rzeczy po zmarłych również szybko zabroniono.

Wkrótce doszliśmy do rosyjskich okopów, które były mocno obwarowane i dobrze rozbudowane. Zobaczyliśmy tam schrony wojskowych, wypełnione słomą. Teraz były one już położone w tylnej części okopów, podczas gdy nasze schrony wciąż były położone naprzeciw wroga. To ostatnie jest w każdym razie korzystniejsze, głównie podczas ostrzału artylerii. Wyraźnie widzieliśmy miejsca, gdzie trafiły nasze pociski. W okopach leżało wielu zmarłych Rosjan.

W okopach Rosjanie mogli chodzić bez schylania się. Zbudowali nawet pewien rodzajów otworów strzelniczych. Na wysokości piersi ustawili otwarte drewniane skrzynki, przez które wystawiali karabiny. W innych miejscach poukładali na sobie worki z piaskiem. Pomiędzy dwoma workami zostawiano miejsce na broń, w innych znowu miejscach w podobny sposób poukładane były kamienie. Czasami widziałem również okopy strzeleckie, które były tymczasowo wykopane pomiędzy działami.

Również schrony były bardzo wprawnie wzniesione, przykryte badylami i warstwą ziemi. Później widziałem też takie, które miały nawet „ściany” wyłożone deskami.

Rosjanie zgromadzili w tych okopach wszystko, co możliwe - części pieców kuchennych, meble, stoły, krzesła, materace, dywany, koce, itd. Pomimo tego, okopy wyglądały okropnie. Wszędzie pełno było błota - pomiędzy karabinami, plecakami, płaszczami, nabojami, pociskami artyleryjskimi, itd. Pomiędzy tym wszystkim, leżeli jeszcze martwi Rosjanie.

Szliśmy dalej nieprzejezdnymi drogami. Po obydwu stronach leżeli martwi Rosjanie, konie i broń. Powoli posuwaliśmy się do przodu. Około 15.00 usłyszeliśmy strzały z karabinów. Przed nami trwała ostra walka. Od paru godzin słyszeliśmy huk armatni.

Zatrzymaliśmy się na szosie, aby przeczekać do zmroku. Najwyraźniej byliśmy w rezerwie. Przy szosie czekaliśmy 2-3 godziny. Znów zaczął wiać lodowaty wiatr, który przenikał ubranie. Buty mieliśmy całkowicie zaśnieżone. Skarpety mokre. Podczas długiego postoju skarpety zdążyły zamarznąć. Prawie nie mogłem poruszać stopami. Usiedliśmy na plecakach i rozgrzewaliśmy się własnym oddechem. Co raz zapadałem w półsen, to znów budziłem się. Po okresie postoju przeszliśmy przez wieś Rakowo Piskie (okręg Pisz). Zgromadziliśmy się w jednym miejscu.

W międzyczasie zaczął padać śnieg. Wiatr dmuchał płatki śniegu wprost na nasze twarze. Musieliśmy położyć się na wzniesieniu. Nikt nie wiedział, co będzie dalej. Tuż na prawo toczyła się walka. Po przeleżeniu tak godziny, zawróciliśmy. Również podczas leżenia musiałem się pilnować, by nie zasnąć, tak bardzo byłem zmęczony. Wiatr był tak silny, że nie można było nawet usłyszeć kogoś obok mówiącego głośno. Trzeba było wytężać słuch, żeby cokolwiek usłyszeć, zwłaszcza rozkazy.

We wspomnianej wcześniej wsi rozbiliśmy kwaterę na strychu i w dużej izbie. Była już 23.00. Nasz pułk poszedł spać do izby. Było tam bardzo zimno. Drzwi były wyłamane. Zepsutych było też kilka okien. Ja i podoficer poszliśmy do pierwszego pułku na strych, gdzie rozpakowaliśmy się i wkrótce zasnęliśmy. W nocy drugi pułk musiał odbyć wartę. Na szczęście, oszczędziło to nas. Co prawda krzyczano w naszym kierunku: „Drugi pułk na wartę!” Mogli długo krzyczeć. Musieliby nas wynosić.

Następnego ranka 11.2.1915 r. o 6.00 rano wyruszyliśmy dalej. O 6.20 nastąpił wymarsz. Mieliśmy nadzieję na poprawę sytuacji, idąc znów o pustym żołądku. Nie jedliśmy nic od dwóch dni. Nieliczne zapasy, które posiadałem, zjadłem już w Białej. Od mieszkańców wsi nie można było nic dostać, bo nic nie mieli. Rosjanie zabrali wszystko. Nie mogliśmy też zbyt szybko maszerować przy złej pogodzie..........

W tym miejscu kończy się pierwszy z siedmiu dzienników.
Pozostałe sześć niestety uległy zniszczeniu.
 
Bernhard Hahn dostał się do niewoli 26.9.1916 r. zraniony odłamkiem miny.
 
Bernhard Hahn, Israelsdorf, rok 1914 r.
 
Tłumaczenie tekstu z j. niemieckiego Jarosław Kucharczyk, tłumacz przysięgły: http://www.tlumacz-strzelce.pl/
Copyright © Remes
Design by : rygielpisz.eu.